Nos narzędziem do walki ze smogiem… czyli jakość tekstów przedstawiających problem smogu jako masową histerię
Przewiń do artykułu
Menu

Mogłoby się wydawać, że doniesienia na temat smogu, fatalnej sytuacji polskiego powietrza i szkodliwości niskiej emisji dla zdrowia nie będą wzbudzały kontrataków, gdyż chodzi o dobro wspólne, o nasze zdrowie i zdrowie naszych dzieci. Poza tym, koszmarne statystyki potwierdzają raporty kolejnych organizacji, bieżące pomiary w ramach sieci Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, czy alarmujące dane lekarzy, np. na bazie długoletnich pomiarów prowadzonych przez Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu potwierdzające wyższą śmiertelność w trakcie epizodów smogowych. Mechanizm powinien być prosty – wszystkie obiektywne dane pomiarowe i raporty potwierdzają, że jest źle, fatalne powietrze nas truje i musimy jak najszybciej coś z tym zrobić więc jednoczymy się i podejmujemy działania mające na celu zmianę niekorzystnego stanu rzeczy.

Niestety, także w tym wypadku potwierdza się III zasada dynamiki Newtona - każda akcja wywołuje przeciwreakcję o równej sile, więc coraz częściej zaczynają pojawiać się teksty sugerujące, iż masowa walka ze smogiem to histeria, zaś kiedyś było dużo gorzej, a niektórzy w dobrym zdrowiu żyli długie lata. Dobrym przykładem jest tu artykuł, który pojawił się kilka dni temu na portalu Twojapogoda.pl. Materiał obszerny, a więc wymagający sporego przygotowania i nakładu pracy, a jednak materiał pozbawiony autora – nie wiemy, kto stoi za artykułem nazywającym działania antysmogowe mianem histerii, opartym na licznych uproszczeniach, czy wręcz jawnych próbach manipulacji.

No cóż, nawet artykuły pozbawione autorów potrafią być szkodliwe więc postarajmy się sprostować manipulacje lub wyjaśnić zawarte w tekście uproszczenia.

Jak to się stało, że tej zimy nagle pojawił się smog, a wcześniej go nie było? Smog był zawsze, zaś wcześniej był znacznie groźniejszy. Tu następuje odniesienie do koszmarnej jakości powietrza w latach 70 i 80.

W zasadzie wszystko, co napisano w tej części artykułu jest prawdą. Owszem, było gorzej ze względu na bardzo wysoką emisję ze strony zakładów przemysłowych i brak uregulowań emisyjnych w tym obszarze. Od tego czasu jednak sporo się zmieniło – zakłady przemysłowe obowiązują restrykcyjne normy emisyjne więc zostały one wyposażone w instalacje takie jak elektrofiltry, odsiarczanie i odazotowanie spalin itd. W konsekwencji, udział sektora domowego w całkowitym bilansie emisji rośnie.  Według danych Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami, udział sektora domowego w całkowitej emisji pyłów, które m.in. są nośnikiem rakotwórczego benzo(a)pirenu jest zdecydowanie najwyższy i wynosi około 50% emisji całkowitej.

Część artykułu poświęcona smogowi w epoce komunizmu byłaby w zasadzie ok, gdyby nie bardzo szkodliwa teza postawiona na wstępie: „Cała ta smogowa tragedia jest wyssana z palca.” Otóż nie jest. O problemie niskiej emisji i zanieczyszczenia powietrza NIK informował już w raporcie z 2000 roku. Kolejne raporty, m.in. Europejskiej Agencji Środowiska czy Światowej Organizacji Zdrowia potwierdzały fatalną jakość naszego powietrza. W 2011 pisał o tym m.in. nie kto inny, jak portal Twojapogoda.pl. W tym kontekście opublikowany w ostatnich dniach tekst jawi się jako przykład wyjątkowej hipokryzji.

Poza tym, czy fakt, że w latach 70 i 80 powietrze było gorsze, jest dla nas powodem do zadowolenia? Cóż, wtedy jeździliśmy Syrenami, posiadanie telefonu było luksusem, a towarów w sklepach było jak na lekarstwo. Idąc tokiem rozumowania anonimowego autora, powinniśmy obecnie – nie tylko w odniesieniu do powietrza – popaść w absolutny samozachwyt, gdyż jest lepiej, niż było wówczas – papier toaletowy w każdym sklepie, bez ograniczeń itd. Absurdalna i szkodliwa teza postawiona przez Anonima zostaje powtórzona w dalszej części artykułu, gdzie stwierdzone zostaje, że smog był gorszy, a nikt się nie przejmował spędzaniem wielu godzin na świeżym powietrzu. Cóż, wtedy nikt nie zwracał też uwagi na powszechne palenie papierosów – po prostu ludzie nie mieli pojęcia, że palenie zabija.

W Europie Zachodniej wcale nie poradzono sobie ze smogiem. Co prawda w zimie jest dobrze, bo wymieniono piece, ale za to w ciepłe dni mamy smog fotochemiczny powodowany przez komunikację.

Ruch drogowy, choć w mniejszym stopniu niż sektor mieszkalny, także wpływa na zjawisko niskiej emisji. W odróżnieniu od emisji niskokominowej, emisja komunikacyjna trwa cały rok, fot. Planergia.pl/YouTube

Temat emisji komunikacyjnej nie jest w zasadzie w żaden sposób przez autora analizowany, nie porównuje on sytuacji w Polsce z sytuacją za granicą ale taka „wrzutka” wystarczy, aby postawić tezę o nienajlepszym powietrzu w Europie Zachodniej i zilustrować ją zdjęciem… zatłoczonych ulic Kijowa z portalu moygrad.kiev.ua… Wątek bez uzasadnienia merytorycznego w kontekście całego artykułu. Poza tym, pomija on całkowicie rosnące zatłoczenie polskich ulic, gdzie np. liczba samochodów w centrum Warszawy jest wyższa, niż np. w centrum Berlina.

Walka z Polskim węglem…

Tego argumentu oczywiście nie mogło zabraknąć. Przecież cały problem smogu jest spiskiem w którym nie chodzi o zdrowie, a o pieniądze i zmuszenie najbiedniejszych do wymiany kotłów. Poza tym, węgiel może zagwarantować nam status potęgi gospodarczej (tu autor wykazuje się godną docenienia powściągliwością – nie daje gwarancji, że dzięki węglowi staniemy się potęgą gospodarczą).

Jeden kilkuzdaniowy akapit w którym zawarto całą masę uproszczeń i manipulacji. Organizacje pozarządowe jawią się, jako źródło wszelkiego zła. Co w takim razie powie autor na to, że o szkodliwości niskiej emisji od lat wypowiadają się naukowcy, lekarze, a także instytucje rządowe. Postawiona teza: walka z węglem – uproszczenie, którego nie do uzasadnienia nawet w ramach licentia poetica. Poza Krakowem w zasadzie nigdzie nie pojawia się pomysł całkowitego zakazu palenia węglem. Walka ze smogiem sprowadza się do zakazu spalania odpadów węglowych (muły, flotokoncentraty) i zasiarczonego węgla brunatnego, a więc najgorszych i najbardziej szkodliwych z dostępnych na rynku paliw.

Sprowadzenie problemu walki ze smogiem do walki z węglem to duże nadużycie.

Problemem nie jest węgiel jako taki, tylko to, że spalamy jego najgorsze sortymenty, czy wręcz odpady z jego produkcji w piecach zupełnie do tego nieprzystosowanych. Spalanie mułu, czy flotokoncentratu w kotłach energetycznych, czy ich współspalanie z innymi sortymentami węgla w kotłach energetyki zawodowej nie byłoby problemem. Ich spalanie w kotłach domowych to koszmar od strony efektywności i emisyjności procesu spalania.

Wymiana przestarzałych kopciuchów na nowe, mniej emisyjne i  wysokosprawne kotły węglowe to według autora spisek, którego celem są olbrzymie zyski. Trochę nie klei się to z organizacjami pozarządowymi we wcześniejszym zdaniu, bo one raczej nie zajmują się sprzedażą kotłów, ale nie czepiajmy się szczegółów…. Co do wymiany kotłów – kolejny idiotyzm autora. W myśl jego założenia, dalej powinniśmy jeździć starymi samochodami bez katalizatorów, spalając benzynę ołowiową. Przecież przez lata tak robiono…

Kolejna teza - zmiany uderzają w najbiedniejszych, którymi nikt się nie przejmuje. Wymiana kotłów, jeżeli staje się obowiązkowa to na pewno nie następuje to z dnia na dzień. Okresy przejściowe mają nawet do 10 lat (jak w przypadku projektu uchwały antysmogowej na Śląsku), co odpowiada okresowi życia większości kotłów. Poszczególne gminy wdrażają programy dofinansowań dla wymiany źródła ciepła, które umożliwiają pozyskania bezzwrotnego wsparcia dotacyjnego. Oczywiście, nikt nie twierdzi, że obecne programy wsparcia są wystarczające. Wręcz przeciwnie. Szerokie działania informacyjno-edukacyjne będą skuteczne wyłącznie wtedy, kiedy będą uzupełnione programami dotacyjnymi przygotowanymi tak, aby poziom dofinansowania był najwyższy właśnie dla najuboższych.

fot.: Planergia/YouTube.com

Energia odnawialna wciąż kuleje. Kolejny wtrącony do wspólnego worka temat, pozbawiony jakiegokolwiek merytorycznego pogłębienia. Teza o całkowitym przejściu na energię odnawialną w naszych warunkach klimatycznych i technologicznych jest bzdurą, więc nikt poważny jej nie stawia. Podobnie fałszywe jest stawianie w opozycji odnawialnych źródeł energii i węgla kamiennego – jeszcze przez długie lata będziemy w Polsce energetykę opartą na węglu. Odnawialne źródła energii, ze szczególnym uwzględnieniem mikroinstalacji małej mocy, będą po prostu stopniowo uzupełniały nasz mix energetyczny. Poza tym, OZE jest bez większego znaczenia w kontekście tematu artykułu – poza pompami ciepła, wpływ technologii takich jak kolektory słoneczne, czy ogniwa fotowoltaiczne na ograniczanie zimowego smogu jest w zasadzie symboliczny. Tak więc, mamy OZE wtrącone do artykułu bez ładu i składu, w zasadzie aby po raz kolejny wychwalać zalety węgla nazywanego to „czarnym złotem”…

W kolejnym akapicie wracamy „złych” do organizacji pozarządowych, które złożyły skargę do Komisji Europejskiej na zanieczyszczenie powietrza rakotwórczym bezno(a)pierenem. Potencjalne kary, które być może Polska zapłaci, mogłyby zostać wykorzystane na wymianę kotłów u najuboższych. Zaraz, zaraz, ale przecież według autora Anonima, problem smogu jest teoretyczny, więc po co te kotły wymieniać? Bełkot i niekonsekwencja.

Główna teza, że smogu nie trzeba się obawiać, zostaje powtórzona w ostatnim akapicie. Autor sugeruje jednak, żeby sprawdzać jakość powietrza na stronach Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, uspokajając jednocześnie, że nawet jak poziomy zanieczyszczenia są wysokie, to nie znaczy, że u Ciebie jest równie źle. Po co więc sprawdzać? Poziom merytoryczny i jakość artykułu podsumowuje rewolucyjna wręcz teza, że „naszym podstawowym urządzeniem pomiarowym powinien być nos”…

Patryk Swoboda

fot.: Shutterstock / jegostrona.pl

 
Planergia poleca:
Autor artykułu:
planergia

info@planergia.pl