Projekt nowelizacji ustawy o OZE - powrót do feudalizmu?
Przewiń do artykułu
Menu

Dynamiczny rozwój technologii, większa dostępność i coraz przystępniejsze ceny, a także działania odgórne promujące inwestycje w odnawialne działania energii. Skutek? - wytworzenie trendu, który idzie ku sukcesywnemu zwiększaniu udziału odnawialnych źródeł energii w światowym mixie. Proponowane przez polski rząd rozwiązania mogą sprawić, że nasz kraj pójdzie w odwrotnym kierunku.

 

Do tej pory osiągnięcie niezależności energetycznej stanowiło nie lada wyzwanie, ale – przynajmniej teoretycznie – było możliwe. Po przeskoczeniu podstawowego problemu w postaci wysokiego kosztu inwestycji (właściciele gospodarstw domowych myślący o odłączeniu się od sieci i produkcji energii wyłącznie dla zaspokojenia własnych celów musieli nastawić się na spory wydatek związany ze stworzeniem optymalnego układu off-grid z mikrokogeneracją, magazynem energii i oprzyrządowaniem) do przejścia pozostawał żmudny proces administracyjny w warunkach totalnego regulacyjnego nieprzystosowania do rozwiązania takiej sytuacji.  
 

Tak było. Jeśli projekt nowelizacji ustawy o OZE wejdzie w życie w obecnym kształcie (a nic nie wskazuje na to, aby stało się inaczej) między niezależnością energetyczną a marzeniami ściętej głowy będzie można w Polsce postawić znak równości. W swojej noweli posłowie Prawa i Sprawiedliwości (PiS) proponują haracz na rzecz koncernów energetycznych. Haracz, którego ekwiwalentem nie będzie pieniądz, ale energia wyprodukowana w prosumenckich mikroinstalacjach.

 

Prywatne, a jednak państwowe

Pierwotny plan zakładał sprzedaż wyprodukowanej w prywatnych elektrowniach energii zakładom energetycznym, co w ramach net-meteringu miało sprowadzać się do pokrywania przez prosumentów różnicy między energią wyprodukowaną a energią zużytą w ramach indywidualnego rozliczenia za prąd. Rozwiązanie popularne w krajach wysokorozwiniętych nie znajduje jednak aprobaty większości posłów zgromadzonych w polskim Sejmie.

 

Powyższa koncepcja po rewizji przerodziła się w coś na kształt feudalistycznej zasady senior ziemski – grupa chłopów lennych. Otóż zgodnie z pomysłem posłów PiS prosument będzie zmuszony do amortyzacji prapodatku sięgającego nawet 65 proc. wartości produkcji. Jego wysokość jest powiązana z wielkością instalacji:

 

- w przypadku instalacji o mocy do 7kW – prosument może odebrać z sieci 0,7 hWh za każdą oddaną 1 kWh (stosunek 1:0,7).

 

- właściciele instalacji o mocy 7-40 kW będą mogli odebrać energię z sieci w stosunku 1:0,5.

 

- prosumenci, którzy budowę instalacji współfinansowali ze środków pochodzących z dotacji, to niezależnie od jej mocy z sieci będą mogli pobrać energię w stosunku 1:0,35.

 

Niestety, to nie dziennikarska kaczka. W ostatnim przypadku faktycznie 65 proc. energii wyprodukowanej w instalacji – nawet 1-kilowatowej – prosument odda do sieci całkowicie za darmo. Z oddanej 1 kWh energii należeć się mu będzie 0,35 kWh.

 

Obywatel płaci, prosument oddaje, operator handluje

Proponowany system jest kontrowersyjny nie tylko z perspektywy bezpośredniej oceny zaproponowanego rozwiązania. Należy bowiem pamiętać, że rząd zmierza do tego, aby każdy konsument energii (w praktyce: każdy obywatel Polski) płacił rachunek za prąd zwiększony o tzw. „Opłatę OZE”. Ta miałaby być wnoszona na poczet sfinansowania produkcji droższej zielonej energii – przede wszystkim w prosumenckich mikroinstalacjach.

 

Eksperci i analitycy rynkowi wielokrotnie alarmowali, że opłata ta trafi ostatecznie do koncernów energetycznych, które posiadają największe w kraju instalacje OZE. Kowalski z tego tortu nie otrzyma choćby małego kawałka, ale do imprezy będzie musiał całkiem sporo dopłacić.

 

Podatek za zieloną energię

Dziwi uzasadnienie twórców noweli. Stwierdzają, że oddawanie części energii należy traktować jako opłatę za magazynowanie energii w sieci. W praktyce jednak prosument oddaje energię „zieloną”, a odzyska – i to nie w całości – energię „brudną” z domowego kontaktu. Żadne magazynowanie też nie będzie miało miejsca, bo wprowadzoną do sieci energię przez właściciela mikroinstalacji zakład energetyczny sprzeda od razu innemu abonentowi – niewykluczone, że sąsiadowi przykładowego prosumenta.

 

Sektor widząc jakie utrudnienia wprowadzić chce rząd grzmi zwracając uwagę, że powstanie jak największej ilości mikroinstalacji powinno być zgodne z interesem ustawodawcy, a nie wbrew jemu. Taką opinię motywuje się specyfiką działania fotowoltaiki (PV), która wśród mikroelektrowni ma największy udział. Instalacje PV produkują energię w dzień, gdy zapotrzebowanie na prąd jest największe, a maksimum efektywności osiąga latem, gdy sprawność elektrowni węglowych spada (tu warto przypomnieć wydarzenia z ubiegłego roku - tzw. „blackout”).

 

Ewa-Kopaczlato2015

Lato 2015 roku, ówczesna premier RP Ewa Kopacz uspokaja ws. tzw. "blackoutu".

fot. Agencja Gazeta

 

Rozproszone źródła energii mogłyby stanowić swoisty bufor bezpieczeństwa na wypadek powtórki sytuacji z lata 2015 roku. Mogłyby, ale wobec proponowanych regulacji kwestia ta pozostanie raczej w sferze teoretycznych rozważań, a odpowiedzialność za zabezpieczenie gospodarki energetycznej zostanie scedowana na koncerny. Branża coraz odważniej wskazuje, że rząd poprzez tego typu działanie wspiera koncerny energetyczne w umocnieniu na pozycji monopolisty.

 

Prosumeryzm nie dla Polaków

Na tę chwilę w Polsce zarejestrowanych jest ok. 4,2 tys. mikroelektrowni będących w posiadaniu podmiotów cywilnych. Dane dla Niemiec mówią o 1,5 mln. Teoretycznie ustawa o OZE miała wspierać rozwój zielonej energetyki w Polsce, w praktyce jednak toruje raczej drogę do budowy farm koncernom energetycznym, zamykając jednocześnie furtkę do prosumeryzmu obywatelom, którzy według rządowej koncepcji mieliby ograniczyć swoją rolę do dokładania się do wielomilionowych inwestycji koncernów.

oprac. DM

Źródło: globenergia.pl

 

PLANERGIA ULOTKA-02

 
Planergia poleca:
Autor artykułu:
planergia

info@planergia.pl